Wieś pana Naryszkina
Wieś pana Naryszkina jest na tyle przyjemna, na ile przyjemna może być natura stworzona ręką człowieka - okolica jest bowiem jałowa i bagnista. Jego posiadłość stanowi oazę. Z tarasu widać Zatokę Fińską, a w oddali można dostrzec pałac, który Piotr I kazał wybudować na jej brzegu. Obszar dzielący nas od morza i pałacu leży jednak prawie odłogiem i tylko park pana Naryszkina cieszy wzrok. Na obiad udaliśmy się do domu mołdawskiego, to jest do sali zbudowanej na modłę domostw tego ludu. Była ona tak urządzona, by można się uchronić przed słonecznym żarem, przezorność w Rosji raczej zbyteczna. Wyobraźnia jest jednak tak poruszona myślą o przebywaniu wśród ludu, który tylko wypadkiem znalazł się na Północy, że odnajdując tam zwyczaje Południa, uważa się to za całkiem naturalne, zupełnie jak gdyby Rosjanie mieli pewnego dnia sprowadzić do Petersburga klimat swojej dawnej ojczyzny. Stół zastawiony był owocami ze wszystkich krajów, a to zgodnie ze zwyczajem zapożyczonym ze Wschodu, gdzie stawia się na stole tylko owoce, podczas gdy tłum służących podaje każdemu biesiadnikowi mięsiwa i jarzyny potrzebne, by go nasycić. Słuchaliśmy muzyki trąb, specjalności Rosjan, o której często mówiono. Orkiestra składa się z dwudziestu
| |